Z miną cierpiętnicy kobieta w jasnym płaszczu z kapturem wlokła się, niemal ciągnięta przed sylwetkę odzianą w szaty cienia.
- Mówię Ci, Alice – jęknęła – to nic nie da. Przeszłyśmy już chyba siedem miast, lecz w tej porze ludziom jeno krasnoludzkie piwo we łbie.
Niezrażona zupełnie pani w czerni dalej ciągnęła kobietę, kierując się w stronę Papui..
- Proszę!
Słowa nic nie pomogły.
- A jeśli…
Niestety, chyba nigdy nie dowiemy się jeśli co, bowiem tu kobieta uniosła dłoń jakby chciała prosić o ciszę. Czarna sylwetka przystanęła.
- Wsłuchaj się w wiatr, Alice! Słyszysz te słowa?
Kobieta pokiwała powoli, po czym parsknęła rozbawiona.
- Ten stary plotkarz! Pewnie bankier za dużo wypił i mu się coś uroiło.
- Wiesz, może to sprawdzimy? Na gwałt trzeba nam złota, a jak widać chętnych na wyprawę nie ma! No, chyba że z rękawa jakowego wyjmiesz.
Alice burknęła coś pod nosem.
Już po chwili stały przy ladzie banku towarowego. Dwóch opartych o ścianę mężczyzn w szatach cienia niemal identycznym, chłodnym wzrokiem przyjrzało się nowo przybyłym. Dziewczyna w jasnych szatach uniosła dłoń, aby się przywitać, jednak bankierka poczęła nawoływać do siebie. Widać było, iż wyraźnie zadowolona jest z ilości słuchaczy. Po krótkich wątpliwościach dotyczących jej płci (których autorką była niejaka Alice) naburmuszonym nieco tonem – ale z nieprzygaszonym entuzjazmem - urzędniczka rozpoczęła opowieść. Mówiąc w skrócie – heca wynikła z tego, że karawana z winem elfickim dotarła do Miasta Górników w stanie najwyższego wzburzenia i przerażenia. Po lasach włóczą się ponoć czerwone – o zgrozo! – olbrzymy, które niszczą wszystko, co spotkają na swej drodze. Jeno nadludzkim wysiłkiem i rączą potęgą ich nóg zbiec zdołali.
Z ciekawości czworo śmiałków wyruszyło do wskazanego przez bankierkę lasu.
Wędrowali przez dobre pół obrotu klepsydry, nim wpadli na pomysł, by okolice traktu zbadać – jako, że tamtędy podróżować musiała karawana. Miast golemów jednak - spotkali gnomkę. Blada była, mizerna – jak wyjaśniła skutek to ciężkiej pracy naukowej w warsztacie. Chwilę potrwać musiały prośby i groźby, nim wyciągnięto z niej jakowe informacje – można było przypuszczać, że uciekł jeden z konstruktów. Następną interesującą rzeczą była jego zdolność do klonowania , stąd olbrzymy w liczbie mnogiej. Elyse rzekła, iż mogą śmiałkowie wziąć wszelkie kosztowności, które w golemach się znajdą, jej wystarczy klejnot serca. Czymkolwiek by on nie był, zrezygnowana po próbach targów z gnomką, Alice wsiadła na ostrogrzbieta i podążyła za towarzyszami broni.
Już wkrótce odnaleziono obiekt docelowy – czyli pierwotnego golema. Walka z nim długo trwała, gdyż szybki był niezwykle, a i na magię niesamowicie odporny. Gdy padł okolicę objęła wielka fala płomieni, spowodowana eksplozją mechanizmu. Składał się on z tak niezwykłych klejnotów jak ogniste rubiny czy oszlifowane malachity. Każdy z walczących zabrał coś dla siebie. Konstruktorka Elyse wręcz piszczała z radości, gdy zobaczyła serce golema. Ofiarowała śmiałkom cztery cudowne, gnomie lunety z mithrillu oraz mniej więcej trzystustronicową instrukcję obsługi. Była zupełnie nieprzydatna , ale cóż – liczy się gest. Czworo awanturników wdało się następnie w miłą pogawędkę z gnomką, co spowodowało niezwykle szybkie odejście w krzewy wyższe (ale nie szerze). Obaj mężczyźni pożegnali się i zniknęli w lesie, kierując kroki ku swoim sprawom.
Nad leżącym pniem i niezrozumiałą instrukcją obsługi lunety zostały dwie oszołomione damskie sylwetki. Ta ubrana w czarne szaty po wyjściu z szoku odezwała się cicho:
- No cóż Eanol… Co jak co, ale złota i tak nie mamy.

